piątek, 8 sierpnia 2014

Jak nie należy prowadzić modernizacji torów - studium przypadku

Do tego, że PKP PLK wyprawia w tym kraju najrozmaitsze brewerie i doprowadza do sytuacji absurdalnych zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Zapewne też podróżni, korzystający z pociągów między Krakowem a Rzeszowem i dalej, w kierunku Przemyśla, zdążyli przywyknąć do tego, że podróż pociągiem to istna loteria. A może nie? Jeśli jednak sposób podróżowania, jaki funduje nam, pożal się Boże, modernizacja, wejdzie ludziom w krew, to jak uda się ponownie przyzwyczaić podróżnych do kolei w momencie, kiedy trasa nareszcie będzie przejezdna?


Rozgrzebane są wszystkie możliwe odcinki korytarza E-30. Między Krakowem a Rzeszowem sytuacja osiągnęła szczyt absurdu. Do Przemyśla jest już nieco lepiej - tam prace prowadzone są w nieco mniejszym natężeniu, co pozwala jako tako prowadzić ruch pociągów. Między Rzeszowem a Krakowem jednak ruch sprowadza się do tego, że na całym odcinku mamy jeden tor, poprzetykany mijankami w rejonach stacji, gdzie sposób ich organizacji względem obowiązującego rozkładu nie pozostawia żadnych widełek błędu. Jaki wniosek? Jeden opóźniony pociąg paraliżuje normalny ruch na minimum dwie godziny.


Jeżeli dodać do tego nagminne uszkodzenia urządzeń sterowania ruchem, sygnalizacji i blokad samoczynnych, ewentualnie uszkodzenia sieci trakcyjnej, mamy do czynienia z istnym pandemonium. A nie dało się tego wszystkiego podzielić na etapy? Nie dało się prowadzić modernizacji odcinkami? Przykładowo: remontujemy tory między Brzeskiem a Tarnowem. Oba, po kolei, łącznie z peronami i infrastrukturą. Ograniczamy maksymalnie ruch kolejowy, instalujemy komunikację zastępczą, i w kilka miesięcy mamy gotowy odcinek. Potem można zabrać się za kolejny. Ale nie - PLK woli łapać wszystkie sroki za ogon ślepo wierząc, że dzięki takiemu postępowaniu uda się cokolwiek przyspieszyć. Nie uda się, o czym przekonaliśmy się wszyscy niejeden raz przy okazji remontów, które nagminnie są opóźnione. Bywa, że latami.

Kłaj przed rokiem. Nadal trwają tam prace...

Na koniec studium przypadku: sobota, 2 sierpnia, godzina 14:05. Do stacji Rogóżno koło Łańcuta wjeżdża planowo pociąg Regio z Przemyśla do Tarnowa. Stoi niepokojąco długo (jak na stację w małej dziurze, otoczoną polami kukurydzy...). O 14:13 obsługa uzyskuje informację, że zerwana została sieć trakcyjna na odcinku jednotorowym. Niezwłocznie przekazuje tę nowinę pasażerom (honory dla obsługi pociągu, starali się informować o wszystkim na bieżąco). Czekamy. Autobus zastępczy z pasażerami w drugą stronę przyjeżdża o 15:10. Problem z zawróceniem. Przechodzimy jakieś 300 metrów od stacji, gdzie autobus może zawinąć. Ruszamy o 15:34. Na szczęście jest klimatyzacja. Zawijamy do Łańcuta. W Rzeszowie meldujemy się o 16:10. 96 minut po czasie. Połączenia zerwane, sama tragedia...

Wędrówka z pociągu...

...do zastępczego autobusu.
P.S. Stacja Rogóżno koło Łańcuta jest rozgrzebana. I ani jednego robotnika w sobotę. Ja rozumiem wszystko, ale wydaje mi się, że w innych krajach jednak tego rodzaju inwestycje przerywa się tylko na święta państwowe...


Kiedy zakończy się modernizacja tej trasy? Jak długo jeszcze będziemy wszyscy skazani na tego rodzaju atrakcje? Teoretycznie inwestycję trzeba zamknąć i rozliczyć do końca 2015 roku. Śmiem wątpić w dotrzymanie tego terminu.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Anonimowe komentarze nie będą akceptowane